sobota, 3 grudnia 2016

The Sabała Bacała - „Urodzeni w PRLu”



The Sabała Bacała 

wraca z drugą płytą



„Urodzeni w PRLu”


Rzeszowski zespół The Sabała Bacała wraca z nową porcją melodyjnych punk-rockowych numerów. Płyta „Urodzeni w PRLu” 
ukaże się 23 grudnia 2016 roku. Album w przedsprzedaży można zamówić już teraz przez stronę internetową zespołu www.thesabalabacala.com.

Utworem promującym płytę jest inspirowany książką Chucka Palahniuka numer „Carpe dzień (Fight Club)” z gościnnym udziałem Jakuba „Stana” Stańskiego z Warsaw Dolls. Na płycie można usłyszeć także Karola Pankiewicza z Mindfield oraz Pawła Leniarta z folk-metalowej grupy Diaboł Boruta.
>> Link do utworu: https://youtu.be/dwDSO1kP7dY <<

– Płyta „Urodzeni w PRLu” pokazuje współczesny świat widziany z perspektywy trzydziestoletniej młodzieży, czyli dzieciaków takich jak my, wychowanych na trzepaku, bez dostępu do internetu i portali społecznościowych – mówi Sylwester, wokalista, gitarzysta i autor tekstów The Sabała Bacała. 
– Nie wszystko nam się podoba i na nowej płycie wyraźnie to pokazujemy. Jest ostrzej, konkretniej i bardziej emocjonalnie niż na debiucie. Na pewno nie zabraknie zaskoczeń.

The Sabała Bacała to jeden z najbardziej aktywnych zespołów punk rockowych z Podkarpacia. Mają na koncie wydaną w 2013 roku debiutancką płytę „W końcu!”, obecność na polskich i europejskich składankach oraz ponad 100 zagranych koncertów. Zespół wystąpił na takich festiwalach jak Cieszanów Rock Festiwal, Altefrest Pankowisko czy Rock Nad Sanem.

Tracklista płyty „Urodzeni w PRLu”:
Carpe dzień (fight club) (gość Jakub „Stan” Stański / Warsaw Dolls)
Wara od mych marzeń (gość Paweł Leniart / Diaboł Boruta)
Nie słuchaj dobrych rad
1985
Post punk w post normalnym świecie
Pozdrowienia z linii frontu (gość Karol „Panku” Pankiewicz / Mindfield)
The KKK took my baby away
Jesteś piękna, gdy... (gość Kasia Ruszała)
Punkowa legitymacja.

Strona internetowa zespołu: www.thesabalabacala.com



czwartek, 27 października 2016

Premiera LP Śmierci Klinicznej "Nienormalny świat"






Premiera LP Śmierci Klinicznej 


"Nienormalny świat"


1 grudzień – 14 grudzień 

2017


Śmierć Kliniczna debiutuje na winylu 35 lat od daty powstania. Wtedy zespół nie miał szans na longplay, dziś wreszcie się udało! Na LP "Nienormalny świat" trafiły nagrania studyjne zespołu z sesji dla WFDiF i Tonpressu oraz trzy nagrania koncertowe. Wszystkie nagrania brzmią świetnie i z pewnością stanowią doskonały przekrój twórczości legendarnego punkowego zespołu. Czeka na Was 11 piosenek, wyśmienita szata graficzna autorstwa Mirka Makowskiego i rzetelny wydawca!
Szczegóły wkrótce! Udostępniajcie i dzielcie się tą dobrą nowiną!


Tutaj trochę informacji o Śmierci Klinicznej.












środa, 26 października 2016

Dziewczyna wilkołaka - Izabela Monika Bill








Izabela Monika Bill

Dziewczyna wilkołaka


Milena, pisarka z uzależnieniem seksoholizmu, w ramach odwyku, jedzie pisać książkę do Głuszycy koło Wałbrzycha. Jednak tak naprawdę to pretekst. Dziewczyna chce przede wszystkim odnaleźć swojego ojca i brata, z którym rozdzielono ją zaraz po porodzie. 
I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że matka Mileny twierdzi, że zgwałcił ją ...wilkołak i zabrał brata Mileny do podziemnego miasta. Bohaterka ma w swoich żyłach pewną formę lykantropii, która rozwija się za sprawą przypadkowo poznanego mężczyzny, który nie stroni od uciech życia. Milena nazywa go prostakiem, to jednak nie przeszkadza mu fascynować się nią, do tego stopnia, że zdradza jej swoją mroczną stroną – jest wilkołakiem. 

Wplątuje Milenę w sieć swoich intryg. Pragnie jej i nie pozwala jej odejść. Zabija każdego faceta, który interesuje się nią. Pragnie jednego, aby Milena została jego żoną i dąży do tego po trupach. Doprowadza do jej pierwszej przemiany w wilkołaka. Kobieta oddaje mu swoje "dziewictwo", a także rodzi szczeniaki. Pomaga mu w znajdywaniu ofiar na obiad. 
Kiedy okazuje się, że są spokrewnieni... decydują się udawać, że tak nie jest. Książka obfituje w śmiałe sceny erotyczne bohaterki z wilkołakiem oraz krwawe sceny grozy. 

Tło do powieści tworzy niesamowity klimat Gór Sowich, podziemnego miasta, sztolni i tajemnic kompleksu Riese. Autorka książki w fantastyczny i makabryczny sposób przedstawia swoją wizję - konsekwencję spraw owianych milczeniem. Spraw, które działy się na wspomnianym terenie w czasie II wojny światowej.










Izabela Moniki Bill 



- wrocławska poetka, publicystka, aktorka w serialach paradokumentalnych (Dlaczego ja, Trudne sprawy, Detektywi w akcji, Oszukane, Zdrady, Czyja wina, Dzień, który zmienił moje życie), autorka 5 tomików („Seksapil duszy” Wrocław 2011 r., „Kameleony” Warszawa 2012 r., „Sztuka jedzenia jabłek” Inowrocław 2013 r., „Podróże poezją” Inowrocław 2014 r., "Erotyki motoryzacyjne" Inowrocław 2015 r.) Tworzy też kolaże motoryzacyjne. Jest prekursorką nowego nurto w polskiej, poezji współczesnej – nurtu erotyków motoryzaycjnych. Jest sekretarzem w Dolnośląskim Stowarzyszeniu Artystów Plastyków i w Stowarzyszenia Polka International Oddział Wrocław. Należy też do Dolnośląskiej Grupy Literackiej NURT z Lubania Śl..Jest Laureatką konkursu fotograficznego "Szklane Szlaki Wrocławia".Jest twórczynią nowatorskiego nurtu we współczesnej poezji polskiej erotyków motoryzacyjnych. Została umieszczona w antologii "Poeci Polscy XXI wieku" 2015 r., jako jedna z 25. autorów polskich na świecie.




https://web.facebook.com/isabel.m.bill





środa, 17 sierpnia 2016

Friuli i Veneto - Sławek Rochaty






Friuli i Veneto 

(Wenecja Julijska i Wenecja Euganejska)


Wiem, że Włochy to najlepsze dla mnie miejsce na Ziemi. I się nie pomyliłem. Pierwsza moja wyprawa tam była przygotowywana kilka miesięcy (też dlatego, że jednak wyjazd z dziećmi). Rozeznanie wśród znajomych, sprawdzenie internetowych forów, zabezpieczenie kasy no i ostateczny wybór, rezerwacje, wpłaty rat… Uf, w końcu wyjechałem – początek lipca. Kierunek CAORLE nad Adriatykiem. W połowie drogi między Wenecją i Triestem.
To banalne i nudne, ale każdy o Caorle powie to samo – małe, fajne, urokliwe zabytkowe  miasteczko położone w pięknych krajobrazach – przed tobą błękitne morze, za tobą kontury Alp. Zieleń pól i drzewek piniowych, winnice, małe klimatyczne miasteczka, zabytki i wszędzie te typowe dla regionu strzeliste wierze kościołów… Co ważne i charakterystyczne dla regionu – piaszczyste plaże i jedne z najczystszych kąpielisk w całych Włoszech.
Mieszkałem w dzielnicy Porto Santa Margerita – 3 km od centrum Caorle. Zresztą całe wybrzeże to dzielnice głównie turystyczne. Ale wszystko utrzymane w podobnej konwencji architektonicznej. Turyści – głównie Włosi, Czesi, Słowacy, niemieckojęzyczni no i trochę Polaków. Ogólnie bez chamówy. 






Nie jesteśmy typem ludzi, którzy walną się na plaży i całe dnie będą tam spędzać. Ale skłamałbym, gdybym powiedział, że rzadko tam bywałem. Ciepłe morze, lekki wiatr i fale, na widnokręgu wzgórza Istrii. Nawet można było sobie spokojnie dobre miejsce znaleźć – co dziwne, bo część plaży była jakby „miejska” (czyli za darmo), więc bez wchodzących na plażę płatnych stanowisk – parasol i dwa leżaki… Szczególnie lubiliśmy tam wpadać wieczorem, kiedy ruszał przypływ… Co dziwne, jak na takie miejsce i bliskość sklepów z tanim, dobrym miejscowym winem, było pustawo i bez dziwnych akcji.
Wyprawa I – centrum Caorle
Niestety zrobiliśmy to w weekend… Korki, wszyscy walą do centrum. Trzeba było zaparkować ponad kilometr od centrum. Już na dzień dobry pierwsza atrakcja – most otwierany korbą, aby przepuścić żaglówki na kanale. Chwilę potem port. Podobno rano można tam kupić świeże owoce morza, ale ani ja tego nie jem, ani też przed godz. 8 nie wstawałem ;)
No i starówka. Klasyka włoska, deptaki ze straganami, sklepikami i restauracjami. Kolorowo, stylowo. Centralny punt to kościół św. Stefana i obowiązkowa wieża-dzwonnica w stylu weneckim. Wszystko z czasów średniowiecznych. Co ciekawe u nas w tym samym czasie stawiano toporne budowle, a u nich już zapędy artystyczne. Wieża oczywiście… krzywa. Chyba technologia nie nadążała za zamysłami artystycznymi ;)






Piękny deptak nadmorski – wielkie głazy oddzielają od morza, wiele z nich rzeźbiona – motywy głównie zwierzęce. Na końcu małe sanktuarium maryjne – świetnie to wszystko wyglądało, szczególnie, że gdzieś na morzu chodziła burza i granat nieba łamał się w błękicie wody.
Wyprawa II – Akwileja
To miasto powstało ponad 100 lat przed naszą erą i był czas, kiedy było jednym z najbardziej liczących się po Rzymie czy Mediolanie. Dziś w jego wielkości zostały tylko wykopaliska i piękna katedra. Przez przypadek zaczęliśmy od zaparkowania przy ruinach portu, tuż przed centrum. Okazało się, że dobrze się stało, bo w centrum parkingi zajęte a do tego płatne.
Aleja wysadzona cyprysami, nad rzeczką, którą kiedyś pływały stateczki rzymskie. W sumie kilkanaście kilometrów od morza. Ruiny portu pokazują, że to faktycznie było wielkie i ważne miasto. Kończąc kilometrowy spacer wychodzimy na tyły katedry. Wokół katedry są miejsca muzealne i część jest płatna – a jest tam największa zachowana mozaika wczesnochrześcijańska – z IV wieku. Sprawa się jednak rypła, bo źle ubranych, zbyt plażowo osób nie wpuszcza się nawet w darmowe miejsca kościoła…
Przed świątynią stoi kolumna z rzymską wilczycą. To tam rzadkość, bo dominują lwy – symbol św. Marka i Republiki Weneckiej. Ale Akwileja stała, zanim zbudowano Wenecję…
Za katedrą mały, klimatyczny cmentarz żołnierzy włoskich. Podczas I wojny tam przechodził front. Włosi odbijali z rąk austriackich rejony prowincji Friuli i Veneto.
Przy głównej trasie przez miasteczko znajdziemy jeszcze inne ruiny – a to domostw, a to kolumny forum romanum.






Niesamowite są tam podwórka tych starych domków w centrum. Kilkanaście krzaków winorośli, pomidory, cukinie… Gęsto, zielono i fajnie.
Kilkanaście kilometrów dalej na południe jest sławny kurort Grado. Ale tam już nie dotarliśmy… Tak jak do położonej 2o km na północ Palmanovej – miasta zbudowanego w idealnym dziewięciokącie… Cóż może następnym razem…
Wyprawa III – Wenecja
Są takie miejsca, że wydaje ci się, że nigdy tam nie dotrzesz, bo daleko, za drogo, bo coś tam i coś tam… Tak traktowałem Wenecję. Jednak los okazał się łaskawy i było mi dane zobaczyć to cudo.
Najlepsza dla nas była opcja – Punto Sabbioni. Tam chodzi tramwaj do Wenecji, jest łatwiej zaparkować i nie trzeba stać w korkach na autostradzie. 
Trochę jazdy po lagunie. Rano pojawiają się tam poławiacze krabów i reszty tego. Wdzięczny jestem koledze, że kazał mi jechać z samego rana. Faktycznie po godz. 10 Wenecja jest już jak autobus miejski w godzinach szczytu…
Z dala widać wierze kościołów miasta św. Marka. Fajnie wygląda, gdy tak buja się to w oddali. Jeszcze tylko przystanek na wyspie Lido i wjeżdżamy do zatoki! Ciary przechodzą, gdy się to wszystko widzi i masz świadomość, że za chwilę dotkniesz tego, co było nieosiągalne. 
Oczywiście wysiadamy nieopodal pl. św Marka. Pierwsze mostki na kanałach, pierwsze gondole… Ludzie rzucają się do robienia zdjęć, ale raczej oszczędzajcie baterie ;)
Z jednej strony wyspy St. Giorgio Maggiore i Giudecca – zabytkowe budowle w zieleni. Z drugiej dojście do placu. Między Pałacem Dożów, Bazyliką, a wieżą dzwonniczą – symbolami miasta. Jak już zerkniesz na szczegóły tych budowli, to ci kopara opadnie. Detale, złocenia, malowidła. Nie wiem jak człowiek to mógł zrobić. 






A potem już bujnęliśmy się między uliczki miasta. Robi to wrażenie, tym bardziej, że to jednak miasto kontrastów. Cudowne zabytki i sypiące się ze starości, nie remontowane kamieniczki. Kolory butików i sklepików oraz bure wody w kanałach oraz żebracy. Przebiliśmy się nad Grand Canal. W okolicach sławetnego mostu Rialto jest kawałek deptaku, bo w głównej dzielnicy San Marco to rzadkość. No cóż, każdego nogi już bolały, więc według słońca ruszyliśmy z powrotem na plac św. Marka. Oczywiście pogubiliśmy się w wąskich na jedną osobę uliczkach i mostkach na kanałach. Dzięki temu zobaczyliśmy trochę innej Wenecji… Kiedy udało się nam dotrzeć do głównych ulic, przeżyliśmy szok. Tyle było ludzi, że ledwo poruszaliśmy się do stacji tramwajów.
No cóż – niesamowite przeżycie. I parę mitów przy okazji padło. Po pierwsze, aż tak nie śmierdzi ;) Trochę typowego zapachu morza, starych kanałów i zaułków zaszczanych przez turystów, bo o WC nie jest tam łatwo. Po drugie, nie jest aż tak drogo, aby brać ze sobą kanapki – ale wodę lepiej mieć ;) Trzeba tylko lekko zejść z głównych szlaków (uwaga na pazerne mewy, które atakują jedzących przy pl. św Marka). Po trzecie nie wszyscy Włosi są mili. Zmęczeni tłumami turystów…  Czuć czasem lekkie napięcie lub przedmiotowe traktowanie. No i kelnerzy restauracji gonią każdego kto przycupnie przy stoliku lub na krawężniku. 






Droga przez Friuli i wschodnie Veneto
Nie sposób nie wspomnieć o tym co widać po drodze. Wjeżdżając od strony Austrii i okolic Villach. Pięknie to wszystko wygląda. Wysokie góry wśród których kręcą chmury. Lasy i miasteczka u podnóża gór, ze strzelistymi wieżami oczywiście. Tunele, niektóre ponad 2 km. Pełne kamieni pustawe koryta błękitnych rzek. Stare wiadukty. Można się przylepić do szyby i patrzeć ;)
Wszystko kończy się za Udine i tam już jest płasko. Pola kukurydzy, słoneczników i winorośli. Sporadyczne place lasów – drzewa posadzone chyba przy linijce. Porzucone gospodarstwa wśród uprawianych pól. Nie wiem o co chodzi, ale to mnie intrygowało. Tyle opustoszałych domostw… Co jakiś czas przy drogach lokalnych stoją wiaty z owocami, warzywami, winem i oliwą. Ta ostatnia jest z Apulii, reszta lokalna. Tam najlepiej się zaopatrzyć, bo ceny korzystne. 
Nie dziwię się, że są sklepy, gdzie nie można znaleźć piwa (jest, ale prawie niewidoczne). Kto by to pił!  Mają tam zajebiste wino, które z nalewaka można kupić nawet w marketach – po 2 euro za litr. 
Byłem w raju, musiałem jednak wrócić

Sławek Rochaty













































piątek, 8 kwietnia 2016

Subkultury







Subkultury 







Cześć jestem Kinga i piszę pracę na temat ubiorów subkultur i jego symboliki i ogólnie symboli.

Zwracam się do Was o pomoc. 
Wypowiedzcie się na temat Waszego "punkowego" stroju: co lubicie nosić, jaki element uważacie za niezbędny, z jakich w ogóle elementów strój taki powinien się składać, czy kryje w sobie przesłanie, jakie symbole jemu towarzyszą?. 
Jeśli są osoby, które sympatyzują z innymi subkulturami, mile widziani rastafarianie czy goci, to również wyraźcie swoją opinię i podzielcie się swoją wiedzą. 






Dziękuję Wam wszystkim, którzy chcecie się podzielić swoją wiedzą.  Obiecuję, że wszystkie tutaj wpisy, które zostaną wykorzystane w pracy zostaną podpisane w przypisach, tylko napiszcie, jak chcecie być podpisani.

kontakt-

https://www.facebook.com/kinga.trojanowska.1?ref=ts&fref=ts






środa, 6 kwietnia 2016

PIĘKNY PIES - BUREK! DOBRY PIES, DZIADY BOROWE, INKWIZYCJA KRAKÓW 1 kwietnia







DZIADY BOROWE

PIĘKNY PIES - BUREK! DOBRY PIES 

 INKWIZYCJA 



KRAKÓW
1 kwietnia 


Z czasem coraz więcej rocznic i wspomnień. Nie będziemy się obrażać na rzeczywistość i udawać żeśmy młodziaki i dopiero co wczoraj... Nie mamy też zamiaru z wysokości majestatu wieku osądzać i ferować. Świętowaliśmy 25 lat naszej pierwszej płyty. Łezka się nie kręci, bośmy cały czas w biegu i w graniu. I nie jest to ostatni koncert ani (mamy nadzieję) płyta. Dlatego świętujemy raczej krzykiem i przytupem niż łzawą zadumą.
Powiedzieć że się udało, że grało się świetnie a sądząc po reakcjach ludzi że bawili się równie dobrze – to nic nie powiedzieć...






Trzy miesiące przerwy poświęcone na szlifowanie formy i dokładne opracowanie starego materiału na nowo - dały rezultat. Byliśmy wyćwiczeni i głodni grania jak Radwańska przed skokami. I wielki ukłon dla ludzi którzy przyszli dla nas, choć konkurencja koncertowa w ten dzień była spora! Wielkie podziękowania dla kapel które z nami pograły – Burek zaszczekał ludzkim głosem a później przyszedł Dziad Borowy i wszyscy pochylili głowy. Mamy szczęście do zacnych kapel – ciężko było ustać nieruchomo, ale tym którym się to udało – mieli czego słuchać! Absurdalne i dosadne teksty Dziadów, gorzkie i ironiczne Burki a wszystko podane z takim kopem że kręgosłup trzeszczał. Prócz starych znajomych i przyjaciół było sporo nowych twarzy co bardzo nas cieszy, bo trzeba szerzyć złą nowinę. 






Prócz tego były też bardzo młode twarze – nasi agenci z gór i delegacja ze Śląska. 
Słyszałem kilka opinii, że mało kapel, że przydałyby się jeszcze ze dwie... Otóż niekoniecznie. Koncert klubowy - trzy kapele to optimum. Jest czas na spokojne ustawienie, bez pośpiechu i kosztem późniejszej jakości dźwięku. Jest czas na ewentualne bisy. Jest czas na piwo i nie ma przesytu i ogłuszenia. Kiedy przy kolejnej kapeli już wyłączyła ci się percepcja i przekrzykujesz kapelę siedząc przy barze i usiłując rozmawiać. 
Dziękujemy kapelom które zechciały z nami zagrać. Bilasowi za świetne nagłośnienie i ekipie Pięknego Psa za życzliwość. Podziękowania dla Pędzla za pomoc organizacyjną. Dziękujemy wszystkim którzy przyczynili się do nagrania tej płyty 25 lat temu. 






Dziękujemy również wielkim nieobecnym, którzy byli w tej materii bardzo ważni, a których na tym koncercie zabrakło.
Nie mogliśmy należycie pobiesiadować, bo na dzień następny – Wrocław. A o nim – następnym razem. 
Biorąc pod uwagę, że niejeden album dokumentujący nasze wybryki na scenie już się ukazał (na przykład znakomite zdjęcia Marcina Gula) my publikujemy zdjęcia publiczności. Skoro Wy nas – to my Was!..
A te foty po większej części uczyniła Carmelutka (InAction

Ex Pert





MŁODA KREW - Ex Pert




MŁODA KREW



Mam propozycję dla wszystkich kapel którym zależy. Do wszystkich zespołów HC i punk. Do blaszanych braci i alternatywnych kuzynów. Narzekamy że frekwencja na koncertach spada, że średnia wieku idzie w górę, ale nikt w celu odwrócenia tych trendów nie robi nic. Moja propozycja jest taka – niech ludzie do piętnastego roku życia wchodzą za darmo! Jak się wdrożą, jak połkną bakcyla, to przynajmniej część będzie przychodzić dalej. Poza tym niejeden rodzic zabrałby na koncert syna czy córkę, ale może już nie stykać na drugi bilet. Więc idzie sam, albo wcale. Taki młodziak pozaraża entuzjazmem kilkoro rówieśników – to są potencjalni słuchacze! To są nowe kapele! To jest młoda krew!
Dziury w budżecie koncertu też nie zrobi, bo to będzie raptem kilka osób, z czego większość, gdyby nie ten upust, to pewnie wcale by nie przyszły.
Oczywiście, wiąże się to z odpowiedzialnością organizatorów – kwestia bezpieczeństwa, alkohol itp. Jeżeli taki ktoś jest sam, powinni mieć na niego specjalne baczenie. Ale myślę że warto.
I jeszcze jedno – bardzo ważne – piszę LUDZI do piętnastego roku! Nie dzieci. Jak ich nie będziemy traktować jak dzieci, to nimi prędzej nie będą.
Od najbliższego koncertu organizowanego przez Inkwizycję – Stefan i ludzie do 15go roku życia wchodzą za darmo!


Ex Pert